Back to thailand

No i stalo sie. Nasz piekny plan na dzis legl w gruzach. Ani nie wstalismy o 6 rano, ani nie wynajelismy motorka, ani nie pojechalismy do kosciola, ktory udalo nam sie znalezc na msze na 8.30, ani nawet nie odwiedzilismy parku rzezb buddy… Nasz plan zostal zniweczony przez to co spodziewalismy sie, ze sie zdarzy, ale dotychczas mielismy szczescie. Dostalam zatrucia zoladkowego. Cala noc, na rozne sposoby tracilam plyny z mojego ciala i mimo, ze rano bylo juz troche lepiej – nie bylo mowy o wykonaniu ktoregokolwiek z zaplanowanych przez nas punktow.

Do teraz nie mozemy zrozumiec co spowodowalo taki moj stan jako, ze stosujemy sie do tajskich zwyczajow i dzielimy sie wszystkim. Wszystko razem jemy i pijemy, a bartek caly czas czul sie wysmienicie.

Przed nami stal najwiekszy do rozwiazania problem – co z nasza podroza na druga strone granicy? Jazda autobusem przez 2 godziny mogla byc dla mnie dramatyczna w skutkach, ale chcielismy choc cos uratowac z tego dnia.

Ale udalo sie! Choc w bardzo kiepskim stanie, dalam rade, a bartek dzielnie wzial cale zalatwianie na siebie. Ale podroz wymeczyla mnie do cna, wiec gdy pani zaprowadzila nas by pokazac nam pokoj, wdrapalam sie na lozko i zaraz zasnelam.

Bylismy teraz w miescie granicznym o nazwie nong khai. Mekong tutaj nie byl w az tak oplakanym stanie jak to mialo miejsce w viantine. Zalowalismy troche, ze przelecielismy przez laos tak szybko, ale niestety czas nas goni.

mekong w nong khai

mekong w nong khai

Wieczorem jeszcze wybralismy sie na krotki spacer (na moje sily) brzegiem mekongu, a potem przygotowalismy szkic tego co chcemy zrobic jeszcze w te kilka dni, ktore nam zostaly. Jutro zostajemy tutaj. Mamy nadzieje, ze nie spotkaja nas juz zadne nieprzjemne niespodzianki.

Comments are closed.