In the hills

Trekking planowalismy juz od dawna. Slyszelismy o tym same pozytywne rzeczy. Jazda na sloniu po dzungli, spanie w lokalnym plemieniu i inne ciekawe atrakcje. Problem w tym, ze jesli cos jest na prawde fajne, interesujace… Ostatecznie staje sie bardzo turystyczne. Wiele ludzi przyjezdza zeby zrobic/ zobaczyc to samo. Organizowane sa masowe wycieczkki. Wszystko zaczyna sie robic pod turystow. Nie jest juz na prawde.

Jadac do chiang mai jakos nie zdawalismy sobie do konca z tego sprawy. W naszej naiwnosci myslelismy, ze dzungla jest na tyle duza, ze moze pomiescic wszystkich tych turystow. Ale juz w chiang mai, szukajac najlepszej opcji dla nas zorientowalismy sie, ze to wcale tak nie jest. Zaczelismy sie powaznie zastanawiac nad opcja alternatywna czyli zorganizowanie wszystkiego samemu. Wynajelibysmy skuter, pojechali do kampu sloni, do pieknej swiatyni polozonej na wzgorzu. Zrobilibysmy wszystko tak jak bysmy chcieli. Ale z tym tez wiazaly sie problemy. Nie znamy dobrze okolicy, planowanie wiazaloby sie z czasem, ktorego zaczyna nam brakowac. Poza tym nie moglibysmy wejsc do dzungli, bo nie ma dobrych map i bez przewodnika bysmy sie mogli pogubic… Ostatecznie wiec zdecydowalismy sie na organizowana wycieczke zdajac sobie sprawe z tego, ze bedzie bardzo turystyczna. Opcjonalnie postanowilismy w dalszym ciagu wynajac skuter gdy wrocimy.

Rano podjechal pod nas samochod. Troche byl balagan i zanim zebralismy wszystkich, wsieslismy do odpowiednich samochodow, przejechalismy przez oddzial policji turystycznej bylo juz dobre poludnie.

Naszym pierwszym przystankiem mial byc ogrod orchidei. Bylo tam tez pomieszczenie z motylami. Najwieksza jednak powierznchnie tego pieknego ogrodu zajmowala… Restauracja.

kobieta - zyrafa

kobieta - zyrafa

Nastepnie odwiedzilismy plemie kobiet – zyraf. Kobiety z tego plemienia maja nakladane co rok lub dwa kolejne obrecze na szyje co daje wrazenie coraz to dluzszej szyi. Z przewodnika dowiedzielismy sie jednak, ze w rzeczywistosci miazdza one zebra i skracaja zycie tym biednym kobietom. Teraz juz nie wszystkie kobiety utrzymuja tradycje, ale te ktore zobaczylismy wzbudzily w nas jedynie zal.

Zanim weszlismy do wioski zobaczyc moglismy malpe w klatce – piekna metafora do tego co mielismy ujrzec chwile pozniej. Niczym malpy w klatce przy straganach z roznymi wlasnorecznie robionymi rzeczmi staly smutne kobiety gotowe do pozowania do zdjec. O tej porze bylismy jedynymi turystami, ale moglusmy wyobrazic sobie tlumy przewijajace sie tedy kazdego dnia.

Plemie to pochodzi z burmy. Sa rozne wersje tego dlaczego kobiety nakladaja sobie te obrecze. Jedna z nich mowi, ze to dlatego by atakujacy tygrys nie mogl zanurzyc swoich zebow w szyi ofiary.

wsiadamy na slonia

wsiadamy na slonia

Nastepnie dotarlismy do miejsca gdzie mielismy wsiasc na slonie. Niestety, mimo ze bardzo chcialam zebysmy jechalu sloniem do dzungli, nasza wycieczka miala w planie jedynie godzinne oprowadzanie dookola pobliskiej gory. Ale mimo to przezycie bylo ciekawe. Bartek wraz z para ze szwecji wdrapal sie na przygotowana laweczke na szczycie slonia, a ja usiadlam na jego szyi bawiac sie w jezdzca. Slon mial twarda skore i pojedyncze wloski niczym zylki. Czasem podawal trabe do gory dajac sie po niej poklepac. Czasem nalewal sobie do niej z pyska troche wody i opryskiwal sie dla ochlody opryskujac przy tym nas wszystkich. Aby kierowac sloniem, trzeba bylo kopac go w uszy. Bartek nie dal sie namowic na probe powozenia sloniem i caly czas podziwial widoki z wysokosci laweczki.

slon

slon

Potem, na reszcie ruszylismy w droge – na wlasnycb nogach, przez dzungle. Z poczatku bylismy troche zawiedzeni. Dzungla przypominala las. I to troche wyschniety. Ale szlismy pod gore. Im wyzej bylismy tym bardziej krajobraz sie zmienial. Pojawily sie banany – dzikie i ponoc kwasne. Byly drzewa bambusowe i tekowe (z nich ponoc powstaja trwale domy). Gdy bylismy juz wystarczajaco wysoko moglismy zobaczyc okolice. W oddali widzielismy wioske gorskiego plemienia. Nie mielismy tam jednak spac. Wioska plemienia lahu, do ktorej zmierzalismy znajdowala sie na sasiednim wzgorzu.

droga przez dzungle

droga przez dzungle

wioska plemienia lahu

wioska plemienia lahu

Co prawda wycieczka nie byla dluga (nie szlismy dluzej niz 2 godziny), sciezka piela sie tak pod gore, ze niektorym ledwo udalo sie wdrapac. Pierwsza oznaka dotarcia do wioski byly pasace sie na zboczu krowy. Potem pojawily sie psy, w koncu przykryte strzecha bambusowe domy, ludzie, swinie i kury… Przechodzilismy kolo kolejnych domow, niektorzy ludzie nam sie przypatrywali z ciekawoscia. My im tez. Przy jednym z domow chlopak trzymal za nogi, do gory brzuchem, dracego sie wnieboglosy prosiaka do zarzniecia. Dwie osoby zostaly by przyjrzec sie temu przykremu procesowi, a nam – reszcie, pokazana zostala chatka, w ktorej mielismy dzisiaj spac.

Domek ten byl bambusowy, postawiony na palach, nad ziemia. Podloga byla zabawnie sprezysta. Sciany byly dziurawe – nie bylo wiec tam parnie (normalnie pokoje do wynajecia dziela sie na te z wiatrakami – tansze i te z klimatyzacja; tu nie bylo pradu w calej wiosce, wiec oczywiste bylo, ze nie moglo byc zadnej z tych opcji. Dziury w scianach byly wiec naturalnym i skutecznym sposobem wietrzenia). W srodku byl przedsionek z paleniskiem. Po lewej byla sypialnia. Wszyscy mielismy spac na dwoch wielkich pryczach umiejscowionych po przeciwnych stronach pokoju. Na nich lezaly materacopodobne poslania, a nad nimi wisialy siatki na komary. Po prawej stronie przedsionka byla natomiast kuchnia. Prysznice i toalety byly kawalek dalej i byly tak proste jak to tylko mozliwe.

maly taj ostrzyzony po wiejsku

maly taj ostrzyzony po wiejsku

maly taj

maly taj

Wraz z para argentynow poszlismy zwiedzic wioske. Nie byla ona duza, ale miescila sie w niej szkola dla najmlodszych dzieci. Starsze dzieci uczyly sie u podnoza gory, na ktora sie dzisiaj wdrapalismy i wracaly do domu raz na tydzien.

miejscowa szkola

miejscowa szkola

Na kolacje zjedlismy posilek ugotowany przez naszego przewodnika po czym usiedlismy razem przy ognisku. Przyszly dzieci z wioski i zaspiewaly nam kilka piosenek.

dzieci spiewajace piosenki

dzieci spiewajace piosenki

Potem gralismy w rozne gry. Kazdy przegrany zostawal mazniety sadza z woka. Pod kniec wieczoru bylismy wiec wszyscy prawie czarni z roznymi wzorkami wymalowanymi na twarzach.

zabawy przy ognisku

zabawy przy ognisku

Niebo tutaj bylo niesamowite. Gwiazdy tak widoczne jak zadko, posplatane w nieznane nam konstelacje.

Bylo tez mozna zobaczyc ogniska w dwoch czy trzech sasiednich wioskach.

Mimo, ze wszystko bardzo turystyczne -mialo swoj urok.

zachod slonca

zachod slonca

Comments are closed.