Phimai – ancient khmer ruins

autobus

autobus

Do phimai dojechalismy przerazajaco glodni. Autobus sie opoznil, a my nie bylismy na to przygotowani. Tutaj zdecydowalismy sie przyjechac, gdy bylo juz wiadomo, ze angkoru nie zobaczymy na pewno. Angkor znajduje sie w kambodzy i przez niektorych uznawany jest za 8 cud swiata. Sa to ogromne pokhmerowe ruiny, ktore, mimo swej wielkosci, staly przez wszystkich zapomniane w srodku dzungli az do czasu gdu w XVII wieku natknal sie na nie przez przypadek jeden z podroznikow.

khmerowie byli potega w azji w XI – XIII wiekach i podbijaly jeden narod za drugim. Angkor byl ich stolica. Wszystko tak bylo az do czasu gdy jeden z wladcow nie zaczal budowac ogromnej ilosci swiatyn (ponoc polowa wszystkich angkorowych swiatyn pochodzi z jego czasow). Budowy te, zarowno jak koniecznosc nakarmienia mnostwa pracujacych tam mnichow i sluzacych i wojny z wietnamem tak bardzo oslabily kraj, ze ulegl on dopiero co powstajacemu panstwu syjamskiemu (pozniejszej tajlandii).

Phimai byly jednym z waznych punktow khmerowych i obecnie sa to najwieksze ruiny khmerow na terenie tajlandii.

Chcielismy je zobaczyc, ale takze dowiedzielismy sie o innej ciekawej rzeczy w tym miejscu – bylo to ogromne drzewo zajmujace tyle miejsca ile pol boiska footballowego.

Po nakarmieniu naszych pustych zoladkow ruszylismy na ogledziny miasta. Byl juz wieczor i nie planowalismy zwiedzac jeszcze nic konkretnego. Miasteczko bylo przyjemne. Bardzo male z ogrodzonymi ruinami w centrum. Niewielki nocny rynek byl bardzo przyjazny i tani i kusil roznymi przysmakami. Kupilismy kilka owocow na podroz nastepnego dnia i specjal tajski – slodki ryz zawiniety w lisc bambusa. Zrobilismy zdjecie zaba na jednym ze stoisk i poszlismy na gorke, na ktorej stalo stare czedi w ruinie, i z ktorego roztaczal sie widok na centrum.

DSC_0743

sprzedawcy zab na rynku

Usiedlismy i przygladalismy sie jak robi sie coraz ciemniej. Ludzie wspolnie cwiczyli areobik – glownie kobiety. Grala muzyka. Juz nie pierwszy raz widzielismy jak przy zachodzacym sloncu cale grupy cwicza. Wydalo nam sie to bardzo fajnym pomyslem.

przed wiekowa brama miasta

przed wiekowa brama miasta

Na dole bylo gwarno, na gorze ciemno i cicho. Zdecydowalismy sie na krotki spacer jako przedsmak kolejnego dnia. Obeszlismy mury ruin. Byly one w prostokacie i kazde z 4 wrot wychodzily prosto na brame miasta jako ze miasteczko otoczone bylo starymi murami. Jedna z bram miasta obejrzelismy z bliska. Byl jeszcze nawet kawalek starego traku. Tedy wyjezdzali i przyjezdzali podroznicy z angkoru jako, ze wlasnie dokladnie w jego strone brama ta byla zwrocona. Jak bardzo inny byl ten swiat, ten krajobraz, ludzie Zyjacy tutaj? Jak inna byla ich kultura? Wtedy…dawno temu?

nasze sniadanko

nasze sniadanko

Nastepnego dnia, zgodnie z planem, weszlismy w ruiny historii. Moglismy sobie tylko wyobrazac wielkosc i znaczenie tego miejsca. Teraz z ich swietnosci pozostaly tylko szczatki. Stare mury wyznaczajace granice budynkow, z ktorych kazdy zostal krotko opisany w ulotce, ktora dostalismy przy wejsciu. na niektoruych z nich wciaz mozna bylo doatrzec reszki rzezbionych wzorow. Grube kamienne mury, nawet niektore dachy. Bylo to bardzo ciekawe miejsce, ktore z pewnoscia nie jedno juz widzialo.

phimai ruins

phimai ruins

phimai ruins

phimai ruins

phimai khmer ruins

phimai khmer ruins

Po obejrzeniu ruin poszlismy obejrzec drzewo. Wiedzielismy, ze jest wielkie na pol boiska. Ja myslalam, ze jest takie wysokie, bartek myslal, ze jego pien jest tak duzy, ale nie wierzyl, ze w rzeczywistosci moze tak byc. Ale mylilismy sie oboje.

jedno drzewo

jedno drzewo

Do drzewa poszlismy pieszo. Miasteczko nie bylo takie zle do chodzenia, a drzewo kawalek za miasteczkiem. Ale niestety tam ulica byla halasliwa i glosna. Na szczescie nie musielismy isc bardzo daleko. Gdy dotarlismy na miejsce zobaczylismy dziwnie wygladajacy las. Wszystkie drzewa byly proste i pnie byly w pewnych odleglosciach miedzy soba, za to korony bYLy geste i laczyly sie ze soba. Drzewa, ktorego szukalismy nie bylo nigdzie. Pochodzilismy po lasku, ale nic. Jakiez bylo nasze zrziwienie gdy dowoedzielismy sie, ze to nie las, ale jedno drzewo. Pnie , to jego korzenie. I rzeczywiscie, gdy przypatrzylismy sie galeziom byly one wszystkie polaczone w swoisty labirynt. Z jednej strony bylo to swoiste zjawisko, ale z drugiej strony bylismy tro he zawiedzeni… Myslalam, ze drzewo okaze sie ogromnym i starym baobabem – takim jaki opisywany jest w “w pustyni i w puszczy”.

jedno drzewo

jedno drzewo

Po powrocie do miasteczka zjedlismy szybka przekaske, zapakowalismy nasze manatki i ruszylismy w dalsza droge – kolejny przystanek – ayuthaya, dawna stolica Tajlandii.

Comments are closed.